środa, 9 sierpnia 2017

ZA CZYM KOLEJKA TA STOI - RZECZ O SUPERMARKETACH


O tym, co dziś, chciałam napisać już dawno, ale nigdy nie było mi po drodze. Być może dlatego, że byłam zajęta, a może po prostu zawsze było coś ważniejszego, czym akurat chciałam się z Wami podzielić. Dziś jednak z racji, że wakacje są dość spokojnym okresem, przyszedł wreszcie czas na ten post. O czym będzie? O przepychankach z cyklu: "Pan tu nie stał", foliowych rękawiczkach i niemówieniu sobie "dzień dobry". Zapraszam na post o supermarketach. Szczerze przyznam, że wynalazek jakim jest sklep wielobranżowy jest jednym z moich ulubionych, zaraz po kole, internecie i różowych maszynkach do golenia. To ogromna oszczędność czasu klienta, o ile... no właśnie...

Zaczynam swoją wypowiedź tam, gdzie zwykle rozpoczynam podróż z koszykiem. I już na wejściu psuje mi się humor. Nie dlatego, że po powrocie do domu będę miała okazję zjeść ciepłą bułkę z masłem i nacieszyć się tą chwilą, ale dlatego, że cały czas będę chodziła ze świadomością, iż moja bułka była wymacana przez kilkanaście innych rąk chętnych na ciepłą bułkę z masłem. Pierwsza rzecz która wkurza mnie w supermarketach dotyczy tego, że klienci nie korzystają z foliowych rękawiczek, a mnie, która zawsze sięga po nie przy wybieraniu pieczywa, prześladują wzrokiem. Żyjemy w takich czasach, że używanie tak prostych gadżetów wydaje mi się być czymś na porządku dziennym, a jednak, okazuje się, że dla niektórych to czasami o wiele za dużo.

I tak jak wkurzają mnie wyścigi na ulicach, tak samo działają mi na nerwy spacerowicze w sklepach. Zwłaszcza ci, którzy prowadzą koszyk i nie bardzo wiedzą po co tam właściwie przyszli. I paradoksalnie takich jest właśnie najwięcej, a przecież do sklepu idzie się w jednym celu. Tak mi się przynajmniej wydaje. Od spacerów są lasy, parki, promenady, ale nie supermarkety. Na ogół wiem po co dokładnie idę, w międzyczasie przypominają mi się kolejne produkty, ale od półki do półki staram się przejść jak najszybciej potrafię. Po pierwsze dlatego, by nie tracić czasu, a co więcej pieniędzy, po drugie - by nie utrudniać życia innym kupującym...

Z resztą ludzie mówią, że życia uczy się człowiek dopiero po pracy jako kelner i sprzedawca w sklepie. I z pewnością jest w tym trochę racji, bo klienci zarówno restauracji jak i supermarketu potrafią być doprawdy uciążliwi. I doskonale rozumiem też, że nie zawsze człowiek ma dobry humor, ale to nie zwalnia nas z obowiązku bycia uprzejmym. Toteż, gdy na zwykłe "dzień dobry" sprzedawca milczy, albo co gorsza - "wbija" we mnie wzrok mordercy - może być pewny, że następnym razem już się nie uśmiechnę. Ale dobrze wiem, że wina leży często po obu stronach, więc serdecznie proszę - bądźmy dla siebie uprzejmi.

O zgrozo! Ta sytuacja przytrafiła mi się jeszcze podczas zeszłorocznego remontu. Wiadomo, jak to przy remontach zawsze coś się kończy, więc wyczerpana i na dodatek chora wyruszyłam na poszukiwania papierów ściernych, wałków i pędzli. Oczywiście stoję w kasie, spokojnie czekając na swoją kolej. Pan przede mną trochę zamotany. W jednej dłoni portfel, w drugiej drabina, a jeszcze trudno mu wyjąć kartę i trochę to trwa. Za mną - para. Pan przede mną płaci, ale terminal się zacina, karty tego dnia nie współpracują, kolejnych kilka minut ucieka. On (ten z pary) podryguje i wierci się potwornie... Pan przede mną płaci kartą po raz drugi, ale znów to samo. Więc on (ten z tej pary) rzuca coś w stylu: "Matko, ile można... Gotówką można zapłacić, po co my tu stoimy?!". Kasa obok otwarta  jest od początku. Pan przede mną szuka jednak gotówki i wysypuje drobne na podłogę. On (ten z tej okropnej pary): "Długo jeszcze tu będziemy stali?" Kasa obok wciąż otwarta, więc mimochodem rzucam: "Nie musi Pan tu stać, jeśli się Panu nie podoba". On zamilkł i stoi dalej mimo, że kasa obok wciąż, nieprzerwanie pozostaje otwarta. Pan z przodu na szczęście opłacił zakupy, ale podejrzewam, że biedny cały dzień chodził później zestresowany. Ten z tyłu milczał do końca, a z kasy obok nie skorzystał...

Wszyscy doskonale pamiętają żarty na temat sprzedawczyń winnych grosika i takie tam... Pamiętają, prawda? Zawsze bardzo mnie to śmieszyło, gdy pani zadawało takie pytanie i mnie. I nigdy nie miałam nic przeciwko, od jednego grosza nie zbiednieję. Ostatnimi czasy jednak panie w sklepach rezygnują całkowicie z jakichkolwiek pytań i nawet nie informują o tym, że wydają nam mniej czy więcej. Jak mówiłam - nie stracę, ale wypadałoby chociaż uprzedzić...

I jeszcze, co działa mi na nerwy w supermarketach, to jeden wielki syf. Nie taki, że coś leży trochę dalej niż powinno... Bardzo nie podoba mi się, że w supermarketach wydarza się coś. I przez owe "coś" na środku podłogi leży rozbity słoik z dżemem albo rozlany karton mleka. Przy czym ani winowajca, ani żaden z pracowników sklepu nie kwapią się do uprzątnięcia bałaganu, choćbyś się miał człowieku o to przewrócić i stracić zęby. Nikogo nie obchodzi, to, że jest brudno, a jak już kogoś obejdzie, to tylko szerokim łukiem...

czwartek, 20 lipca 2017

NIE BYŁO NAS ROK


Znacie to uczucie, kiedy nie widzicie się z kimś blisko rok i nagle możecie popaść w swoje objęcia? No cóż, ja już znam. O naszej wspaniałej szóstce już dawno słuch zaginął, ale mimo to spotykałyśmy się od czasu do czasu w dość mocno okrojonym gronie, aż w końcu teraz udało nam się spotkać na wystarczająco długą "chwilę", by nadrobić zaległości z niemal roku. Z resztą, wakacje to chyba poza świętami Bożego Narodzenia jedyny tak fajny czas na spotkania po latach i dawne wspominki. Dobra, brzmię górnolotnie, ale to naprawdę wielkie wydarzenie, bo nawet wtedy, gdy widywałyśmy się codziennie bez przerwy, trudno było nam znaleźć czas, by wszystkie mogły zgrać się w czasie i wyjść z domu na dłużej niż kwadrans. I tak, przyznaję się, szukałam okazji na zorganizowanie letniej imprezy na łonie natury. Wiecie... girlandy, świeczki, kwiaty z tiulu - coś cudownego. I akurat świetnie się złożyło, bo w poniedziałek mam imieniny. Sto lat, ja!




piątek, 7 lipca 2017

WHAT'S NEW IN MY MAKE-UP BAG?


Dawno nic nie pisałam o tym, co tygryski lubią najbardziej. Ale może zacznę od udowodnienia, że rzeczywiście tym czymś są kosmetyki, a chyba nic tak dobrze o tym nie świadczy jak fakt, że zdecydowana większość moich zakupów na Wyspach Brytyjskich to nic innego, jak właśnie one. W zasadzie już przed wyjazdem wiedziałam, że miejsca, jakie tym razem chcę odwiedzić w Londynie to w głównej mierze drogerie. No dobra, przyznaję, były to tylko drogerie i sklep z bielizną dla aniołków, ale lata przesiadywania w internecie i śledzenia wszystkich możliwych vlogerek urodowych robią swoje. Poza gąbeczką Real Techniques i setem cieni do brwi marki Catrice wszystko inne to angielskie zdobycze. I śmiem wątpić, że zabrałam do zdjęcia całkowicie wszystko, ale to chyba dlatego, że sama nie do końca pamiętam co tam jeszcze było. Mniejsza. Te produkty to obłęd. Największymi odkryciami okazały się być jak dotąd paleta cieni Naked Basics 2 (UD) i primer ze Smashbox'a (nie spodziewałam się tak świetnej jakości, zwłaszcza po tym drugim). Cała reszta oczywiście również na plus, a w tej reszcie znalazły się: Mask of Magnaminty (Lush), Coconut Hand Cream (The Body Shop), Taupe Powder Blush (NYX), Amsterdam Matte Lipstick (NYX), Chiuaua Melted Liquified long Wear Lipstick (Too Faced). Tym sposobem lista kosmetycznych pragnień zmniejszyła się o kilka pozycji, ale stety bądź nie, wciąż jest długa. 
#well