środa, 20 września 2017

Pięknie jest!


Podczas tegorocznego Sylwestra jeden z moich najlepszych znajomych życzył mi, żebym mogła poznać ulubionych artystów sceny rapowej w Polsce. Cztery miesiące później piłam z nimi whisky i rozmawiałam jak z kimś, z kim znam się od lat. I wcale nie było to jedyne spełnione w tym roku marzenie, i dobrze wiem, że to o którym dziś napiszę nie będzie też ostatnim. Ale z pewnością wpisałabym to sobie w CV, gdyby tylko miało to jakiekolwiek znaczenie dla potencjalnych pracodawców. W każdym razie parę lat temu umyśliłam sobie, że chciałabym poznać kraj, w którym narodziła się cywilizacja europejska, bo zawsze fascynowały mnie opowieści o postaciach mitologicznych i początkach naszej kultury. I w końcu nadszedł ten czas, kiedy mogłam na własne oczy zobaczyć greckie kolumny, spróbować ouzo czy poopalać się na upalnej, skalistej plaży Dodekanezu. I przyznaję, to piękne. To piękne nawet wtedy, gdy z temperatury, w której trudno oddychać wraca się do deszczu i 10 stopni Celsjusza. To dlatego, że tam wszystko było świetne. Począwszy od braku pająków i wszelkiego rodzaju innego robactwa, po najróżniejsze dania kuchni greckiej, mimo, że z ręką na sercu przyznaję, iż to właśnie polską lubię najbardziej. Tak więc odhaczam Grecję z listy marzeń. Tych wyjazdowych i nie tylko. A o kolejnych szczęśliwostkach - wkrótce.




środa, 9 sierpnia 2017

ZA CZYM KOLEJKA TA STOI - RZECZ O SUPERMARKETACH


O tym, co dziś, chciałam napisać już dawno, ale nigdy nie było mi po drodze. Być może dlatego, że byłam zajęta, a może po prostu zawsze było coś ważniejszego, czym akurat chciałam się z Wami podzielić. Dziś jednak z racji, że wakacje są dość spokojnym okresem, przyszedł wreszcie czas na ten post. O czym będzie? O przepychankach z cyklu: "Pan tu nie stał", foliowych rękawiczkach i niemówieniu sobie "dzień dobry". Zapraszam na post o supermarketach. Szczerze przyznam, że wynalazek jakim jest sklep wielobranżowy jest jednym z moich ulubionych, zaraz po kole, internecie i różowych maszynkach do golenia. To ogromna oszczędność czasu klienta, o ile... no właśnie...

Zaczynam swoją wypowiedź tam, gdzie zwykle rozpoczynam podróż z koszykiem. I już na wejściu psuje mi się humor. Nie dlatego, że po powrocie do domu będę miała okazję zjeść ciepłą bułkę z masłem i nacieszyć się tą chwilą, ale dlatego, że cały czas będę chodziła ze świadomością, iż moja bułka była wymacana przez kilkanaście innych rąk chętnych na ciepłą bułkę z masłem. Pierwsza rzecz która wkurza mnie w supermarketach dotyczy tego, że klienci nie korzystają z foliowych rękawiczek, a mnie, która zawsze sięga po nie przy wybieraniu pieczywa, prześladują wzrokiem. Żyjemy w takich czasach, że używanie tak prostych gadżetów wydaje mi się być czymś na porządku dziennym, a jednak, okazuje się, że dla niektórych to czasami o wiele za dużo.

I tak jak wkurzają mnie wyścigi na ulicach, tak samo działają mi na nerwy spacerowicze w sklepach. Zwłaszcza ci, którzy prowadzą koszyk i nie bardzo wiedzą po co tam właściwie przyszli. I paradoksalnie takich jest właśnie najwięcej, a przecież do sklepu idzie się w jednym celu. Tak mi się przynajmniej wydaje. Od spacerów są lasy, parki, promenady, ale nie supermarkety. Na ogół wiem po co dokładnie idę, w międzyczasie przypominają mi się kolejne produkty, ale od półki do półki staram się przejść jak najszybciej potrafię. Po pierwsze dlatego, by nie tracić czasu, a co więcej pieniędzy, po drugie - by nie utrudniać życia innym kupującym...

Z resztą ludzie mówią, że życia uczy się człowiek dopiero po pracy jako kelner i sprzedawca w sklepie. I z pewnością jest w tym trochę racji, bo klienci zarówno restauracji jak i supermarketu potrafią być doprawdy uciążliwi. I doskonale rozumiem też, że nie zawsze człowiek ma dobry humor, ale to nie zwalnia nas z obowiązku bycia uprzejmym. Toteż, gdy na zwykłe "dzień dobry" sprzedawca milczy, albo co gorsza - "wbija" we mnie wzrok mordercy - może być pewny, że następnym razem już się nie uśmiechnę. Ale dobrze wiem, że wina leży często po obu stronach, więc serdecznie proszę - bądźmy dla siebie uprzejmi.

O zgrozo! Ta sytuacja przytrafiła mi się jeszcze podczas zeszłorocznego remontu. Wiadomo, jak to przy remontach zawsze coś się kończy, więc wyczerpana i na dodatek chora wyruszyłam na poszukiwania papierów ściernych, wałków i pędzli. Oczywiście stoję w kasie, spokojnie czekając na swoją kolej. Pan przede mną trochę zamotany. W jednej dłoni portfel, w drugiej drabina, a jeszcze trudno mu wyjąć kartę i trochę to trwa. Za mną - para. Pan przede mną płaci, ale terminal się zacina, karty tego dnia nie współpracują, kolejnych kilka minut ucieka. On (ten z pary) podryguje i wierci się potwornie... Pan przede mną płaci kartą po raz drugi, ale znów to samo. Więc on (ten z tej pary) rzuca coś w stylu: "Matko, ile można... Gotówką można zapłacić, po co my tu stoimy?!". Kasa obok otwarta  jest od początku. Pan przede mną szuka jednak gotówki i wysypuje drobne na podłogę. On (ten z tej okropnej pary): "Długo jeszcze tu będziemy stali?" Kasa obok wciąż otwarta, więc mimochodem rzucam: "Nie musi Pan tu stać, jeśli się Panu nie podoba". On zamilkł i stoi dalej mimo, że kasa obok wciąż, nieprzerwanie pozostaje otwarta. Pan z przodu na szczęście opłacił zakupy, ale podejrzewam, że biedny cały dzień chodził później zestresowany. Ten z tyłu milczał do końca, a z kasy obok nie skorzystał...

Wszyscy doskonale pamiętają żarty na temat sprzedawczyń winnych grosika i takie tam... Pamiętają, prawda? Zawsze bardzo mnie to śmieszyło, gdy pani zadawało takie pytanie i mnie. I nigdy nie miałam nic przeciwko, od jednego grosza nie zbiednieję. Ostatnimi czasy jednak panie w sklepach rezygnują całkowicie z jakichkolwiek pytań i nawet nie informują o tym, że wydają nam mniej czy więcej. Jak mówiłam - nie stracę, ale wypadałoby chociaż uprzedzić...

I jeszcze, co działa mi na nerwy w supermarketach, to jeden wielki syf. Nie taki, że coś leży trochę dalej niż powinno... Bardzo nie podoba mi się, że w supermarketach wydarza się coś. I przez owe "coś" na środku podłogi leży rozbity słoik z dżemem albo rozlany karton mleka. Przy czym ani winowajca, ani żaden z pracowników sklepu nie kwapią się do uprzątnięcia bałaganu, choćbyś się miał człowieku o to przewrócić i stracić zęby. Nikogo nie obchodzi, to, że jest brudno, a jak już kogoś obejdzie, to tylko szerokim łukiem...

czwartek, 20 lipca 2017

NIE BYŁO NAS ROK


Znacie to uczucie, kiedy nie widzicie się z kimś blisko rok i nagle możecie popaść w swoje objęcia? No cóż, ja już znam. O naszej wspaniałej szóstce już dawno słuch zaginął, ale mimo to spotykałyśmy się od czasu do czasu w dość mocno okrojonym gronie, aż w końcu teraz udało nam się spotkać na wystarczająco długą "chwilę", by nadrobić zaległości z niemal roku. Z resztą, wakacje to chyba poza świętami Bożego Narodzenia jedyny tak fajny czas na spotkania po latach i dawne wspominki. Dobra, brzmię górnolotnie, ale to naprawdę wielkie wydarzenie, bo nawet wtedy, gdy widywałyśmy się codziennie bez przerwy, trudno było nam znaleźć czas, by wszystkie mogły zgrać się w czasie i wyjść z domu na dłużej niż kwadrans. I tak, przyznaję się, szukałam okazji na zorganizowanie letniej imprezy na łonie natury. Wiecie... girlandy, świeczki, kwiaty z tiulu - coś cudownego. I akurat świetnie się złożyło, bo w poniedziałek mam imieniny. Sto lat, ja!