czwartek, 7 lipca 2016

ZAKOCHAŁAM SIĘ...


Ostatnio znalazłam coś, co sprawia mi prawdziwą przyjemność. Coś, od czego miękną mi nogi, często zapiera dech w piersiach, serce szybciej bije, a humor momentalnie się poprawia. I w dodatku czuję się dzięki temu jak milion dolarów, gdy na ulicy ogląda się za mną pół miasta, zupełnie jakby ludzie nie wierzyli, że potrafię utrzymać równowagę. Tak, zakochałam się w rowerze, a może raczej w rowerowaniu.

A wszystko zaczęło się od wielkich nerwów... Właściwie zaczęło się rok temu od zdjęć na portalach społecznościowych. Zapragnęłam mieć rower. Bo przecież poziom koordynacji sięga najwyższych liczb... Żartuję. Podobały mi się zdjęcia z rowerem, a jako, że czasem trzeba było się gdzieś dostać, a moją historię z prawem jazdy zostawię na inny dzień (w każdym razie, potrzebowałam alternatywy do samochodu), to postanowiłam zainwestować w rower.  I chyba dobrze się stało, bo ostatnio i tu wracam do początku... zaczęło się od wielkich nerwów.


Nie należę do osób, które specjalnie się zwierzają w trudnych chwilach, ale zdarza mi się czasem podejmować decyzje dość gwałtownie, bez zastanowienia, mimo, że na ogół lubię wszystko przeanalizować kilkakrotnie. Tak więc pewnego nerwowego, ale i ciepłego dnia... słońce w pełni, te sprawy... postanowiłam dać upust emocjom i wyciągnąć mój piękny rower z garażu. Nie jestem utalentowanym kolarzem. W ogóle nie przepadam za sportem. Jeśli mam być całkowicie szczera to wręcz nie lubię i szerokim łukiem omijam. Odraża mnie pot, brud i zmęczenie. Ale tego dnia musiałam coś ze sobą zrobić i padło na rower. Dobrze, że nie wymyśliłam sobie biegania albo basenu, bo mogłoby się to skończyć tragicznie...

Tamtego też dnia odkryłam tak naprawdę, że rower to fajna sprawa. O ile oczywiście nie pada deszcz, choć i wtedy może być całkiem ciekawie. W każdym razie wsiadłam, ustawiłam lusterko, zapakowałam torbę w koszyk i jadę.


I wiecie co? Super jest. Zwłaszcza gdy dostrzega się to, czego się zazwyczaj nie widzi. Bo jadąc takim rowerem świat mija dużo wolniej niż w aucie. I gdy czaple po polach chodzą, a kuropatwy wychodzą na drogę i nawet jakaś krowa na wiosce niedaleko miasta się znajdzie, i trawę przeżuwa. Tak dawno nie widziałam krowy, że to aż rarytas takim rowerem pojeździć. A poza tym dochodzi poczucie spełnienia, bo jak już wspominałam sport to nie mój konik, a i powietrza się człowiek nawdycha.

Rower fajna sprawa.