poniedziałek, 23 stycznia 2017

MY HOME, MY CASTLE - O TYM, DLACZEGO LEPIEJ MIESZKAĆ SAMEMU

Od kiedy przeprowadziłam się do Poznania minęły już dobre cztery miesiące. Początkowo byłyśmy zachwycone. Później przerażone, następnie smutne, a obecnie przechodzimy etap tęsknoty za domem i wszystkim, co z nim związane, ale nade wszystko jesteśmy głodne. Wiecznie głodne. W zasadzie żadna nasza rozmowa nie obywa się bez wspomnienia o jedzeniu. W każdym razie minęło już trochę czasu i najwyższa pora opowiedzieć o tym, jak to jest mieszkać samemu, to znaczy samemu w szóstkę.
via beckybarnicoat.com

Otóż rzeczywiście jest nas sześć. Mieszkamy na ostatnim piętrze z kilkoma Azjatkami po sąsiedzku. W sumie nie jest to takie straszne. Z perspektywy czasu stwierdzam, że przecież trzeba spalić kiedyś to, co się tak ciągle je i je, toteż upatruję się plusów życia na piątej kondygnacji... Po dwie na pokój, mamy dwie łazienki, sporą kuchnię, korytarz. Pomyślałby kto, sześć dorosłych kobiet, wysokie, całkiem duże mieszkanie, płacić trzeba, to pewno dbają, a że jeszcze bez facetów, to nie ma porozrzucanych skarpetek, nieopuszczonej deski i ogólnie panującego chaosu... Nic bardziej mylnego.

W zasadzie nie spodziewałabym się, że życie z kimś może być tak frustrujące, do czasu kiedy nie okazało się, że każda z nas ma zupełnie inne poczucie porządku i ogólnego rozgarnięcia życiowego. Na co dzień się mijamy. W gruncie rzeczy pewnie nie wiedziałybyśmy nawet o swoim istnieniu, bo nasze plany zajęć zazębiają się tak, że nawet z rana nie bijemy się o łazienkę.

Za to niedługo pobijemy się chyba o inne rzeczy, takie jak papier w toalecie, nietrafianie do śmietnika czy włosy w odpływie brodzika. Fuj! Kobiety są obrzydliwe. I możliwe, że sama bym tego nigdy nie stwierdziła, gdyby nie to, że mieszkam z pięcioma innymi kobietami, w tym czterema zupełnie mi obcymi.

Ale tak to od jakiegoś czasu zmagam się z wiecznie zalegającymi w zlewie naczyniami, zalaną wszelkimi płynami kuchenką elektryczną, tłustą mikrofalówką, niepochowanymi talerzami, włosowym monstrum w rurach odpływu i lepiącym stołem, na którym bezpośrednio robi się kanapki.Czasem ktoś nie wytrze podłogi po wyjściu spod prysznica, a czasem wszyscy się dziwią, że właśnie wyprałam wszystkie kuchenne ścierki... Do tego w łazience wiecznie brakuje papieru, pralki po zakończeniu działania nikt nie otwiera, a w śmietnikach worka i nikomu poza mną do tej pory to jeszcze w codziennym egzystowaniu nie przeszkodziło.

Nie mówię, nie jesteśmy święte. Nam dwóm też udało się raz przez przypadek wyhodować żywy organizm w garnku, co zostało nawet udokumentowane, ale właśnie dlatego uważam, że najlepiej jest mieszkać samemu, albo z kimś, kogo rzeczywiście znamy naprawdę długo lub dostatecznie dobrze. W innym wypadku idzie oszaleć, co niedługo czeka również i nas.

 Lekko nie jest, ale w końcu nikt nie mówił, że będzie...