czwartek, 16 lutego 2017

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE ZDAŁAM I DLACZEGO NIKOMU TEGO NIE POLECAM? | #PRAWOJAZDY

Jadąc niedawno samochodem usłyszałam w radio o nowych testach na prawo jazdy i pomyślałam sobie, że to całkiem fajny pomysł na post. Wcześniej nie było okazji o tym pisać, a w trakcie kursu byłam zbyt zestresowana, toteż decyzja ta musiała odczekać swoje i oto jest. To w końcu, jakby nie było, jedna z ciekawszych historii mojego życia i myślę, że nawet całkiem fajnie się jej słucha, a w dodatku od kiedy odebrałam swoje prawko zdążyłam już przejechać trochę kilometrów, toteż myślę, że taki post też musi się tutaj znaleźć.


Wszystko zaczęło się jakieś dwa lata temu, kiedy jedna z przyjaciółek zaczęła kurs. Wtedy jeszcze byłyśmy, a była nas cała szóstka, zafascynowane robieniem badań, kursów, testów i odbywaniem jazd. No tak, ale to nie trwało długo. Entuzjazm spadał z każdą kolejną rozpoczynaną nauką. A to dlatego, że wysiedzenie trzydziestu godzin słuchając o łańcuchach na koła i kolorach flag na wystającym bagażu wcale nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać. Powiem więcej, to całkiem trudny orzech do zgryzienia, a jeśli nawet nie trudny, to z pewnością nudny. Zwłaszcza dla kogoś, kogo wcześniej interesował tylko kolor samochodu, a w najlepszym przypadku jego marka.

Przejdźmy zatem do samego egzaminu. Przejść kurs w porównaniu do tego to zupełny Pikuś. Pan Pikuś. W sumie największa zabawa zaczęła się już na pierwszym gorzowskim rondzie. Przekonana o tym, że żyję w świecie nadprzestrzeni, (który wygląda zupełnie tak, jak ten na testowych filmikach(!)) nie do końca byłam świadoma co robię, jak i po co, a wtedy instruktor zapytał mnie, czy ja w ogóle wiem na czym polega jazda na takim skrzyżowaniu. I kiedy przypomniałam sobie, że w moim mieście jest tylko jedno rondo i to w dodatku z jednym pasem, i że to okropnie blondyńskie, powiedziałam tylko, że nie mam zielonego pojęcia.

I tak mijały kolejne wyjeżdżone godziny... Raz do domu wracałam zdesperowana, raz - z uśmiechem na twarzy. Zawsze jednak w przepoconej koszulce, bo przez cały czas, który spędziłam we Fiacie Punto było miliard stopni, a słońce grzało niemiłosiernie. Ale nadszedł w końcu czas na egzamin praktyczny, na który (jak Boga kocham) byłam totalnie gotowa. W zasadzie nie było osoby, która nie wierzyłaby w to, że mogę tego dnia nie zdać. I chyba przez to właśnie drogę powrotną zalały łzy. Wstyd się przyznać, ale tak, przerosło mnie rondo. Na całe szczęście, zaraz po zjeździe do WORD'u egzaminator narysował mi wszystko na odwrocie mojego świstka z wielką literą N, także teraz już nie mogło być źle...

Ale było. Na kolejny egzamin trzeba było czekać jakiś czas, w dodatku zaczęła się już szkoła i doszedł stres związany z wyborem studiów i z płakaniem trudno było się rozstać. Więc kiedy już prawie wylądowałam z nerwicą u psychologa przyszedł czas na drugie podejście, przed którym postanowiłam potrenować tzw. "łuk". W zasadzie nie miałam z nim problemu, ale pomyślałam, ze skoro jest okazja to warto z niej skorzystać i tym sposobem wieczór przed samym egzaminem spędziłam jeżdżąc w tę i z powrotem po łuku autem dwa razy większym od punciaka.

O ironio, na łuku oblałam. 


- Co widzi Pani w lusterku?- Jak to co? Widziałam samochód i to co za nim.. 
- Kawałek auta i obszar za pojazdem..
- A linię Pani widzi? - Cholera nie ma linii, to ustawię lepiej.. 
- No tak, teraz już widzę.
- A linii Pani nie powinna widzieć.- I gdy ciśnienie wzrosło mi na tyle, że mało go nie rozszarpałam.. - Dobra, niech Pani jedzie.

Więc ruszam. Dojeżdżam prawie do końca i delikatnie DOTYKAM hamulca. Auto stanęło. Prawie jak moje serce. Ale oczywiście w kopertę nie wjechałam. Egzaminator wyładował na mnie swoje emocje zebrane z całego dnia i każe jechać po raz drugi. Zestresowana, ale jadę. Sytuacja się powtarza.

- No i co Pani tak szybko hamuje?

No i nic. Kolejny egzamin za dwa tygodnie. Panu nie odpowiedziałam, a on mi nie odpowiedział na "do widzenia" i tak żeśmy się w nerwach rozstali. 

Przed trzecim i, o zgrozo, ostatnim razem zjadłam jakieś tabletki uspokajające i zapiłam je litrem melisy, więc kiedy czekałam w tym okropnym miejscu aż wyczytają moje nazwisko, myślałam że eksploduje mi pęcherz. Na porannej jeździe nie widziałam znaków i było mi tak niedobrze, że o mało nie zwymiotowałam na kierownicę. Ale wtedy było mi już wszystko jedno. Wypłakałam się instruktorowi w rękaw i poszłam jak na ścięcie do wskazanego auta. 


Już od początku coś było nie tak, egzaminator był nad wyraz miły i w przeciwieństwie do poprzednich dwóch nawet się ze mną przywitał. Przygotowanie, łuk - pierwsza próba oblana. Deja vu. Tak jak poprzednio nie zmieściłam się w kopercie. Przy drugiej próbie śpiewałam sobie na głos "Dzisiaj zdasz, dzisiaj zdasz" do melodii "Mam tę moc". I wiecie co? Udało się, wjechałam w kopertę i zadowolona czekam na egzaminatora, a kiedy nie przychodzi przez parę chwil, odwracam się i widzę jak macha mi ręką, że muszę powtórzyć to jeszcze raz tyłem. Tak, zapomniałam.. Na szczęście z placu wyjechałam już bez problemu. Więc kiedy zobaczyłam, że jadę już prawie piętnaście minut zaczęłam rozmawiać ze swoim głosem wewnętrznym o tym, że to takie super, że jeszcze nie oblałam, a później, że jestem totalną debilką skoro nie skupiam się nad tym jak jadę. Pan parę razy zapytał mnie czemu jedziemy z zaciągniętym ręcznym, a ja uśmiecham się i odpowiadam, że nie mam pojęcia i ma rację, bo nie powinniśmy. 

Wjeżdżamy na parking pod WORD'em. Dokręcam kierownicę w drugą stronę, tak jak to mi tłukli wszyscy do łba przez cały czas nauki. Wyłączam silnik, a pan obok mnie przyprawia mnie o zawał: "Trzeba było nie dokręcać." Więc już jestem nastawiona na to, że nie zdam, ale czekam. Tyle czekałam to i teraz poczekam. Po czym on dodaje: "Ale dobrze Pani jeździ, pozytywny." 

Tym razem też wyszłam ze łzami, a właściwie wybiegłam. 
Tyle, że teraz już nie byłam smutna.

zdjęcia: Joanna Klimowicz

piątek, 10 lutego 2017

MŁODOŚĆ NIE WIECZNOŚĆ

Jakiś czas temu, czekając na zaliczenie, zastanawiałam się, jak to zwykle bywa na zaliczeniach, o tym, co będę robić za kilka tygodni, miesięcy czy lat. I tak się akurat ciekawie złożyło, że tego dnia wypadały dokładnie dwa miesiące przed moimi dwudziestymi urodzinami. Fajnie, myślę - wypijemy szampana, potańczymy w rytmach disco, połączymy kilka imprez w jedną, w końcu będzie to już dawno po sesji... A to urodziny jednej i drugiej koleżanki, a wiadomo, świętować samemu to grzech. No bo grzech, prawda?


Tak więc połowa mnie myśli teraz o tym, jak się ubrać, kogo zaprosić, co zaplanować i czy w ogóle planować, a może w ogóle rzucić to wszystko i jechać w Bieszczady? A druga połowa pisze kolokwium, w zasadzie stara się pisać. Jest sympatycznie. Reszta dnia, jak i kolejne doby kręcą się zatem wokół tematu urodzin i postępującej powoli starości, bo jak nietrudno się domyślić, temat ten wywołał u nas (a mówiąc "nas", mam na myśli mnie i moje najbliższe koleżanki) straszną dramę.

Po którychś zajęciach lądujemy w hipermarkecie. To, po co się tam wybrałyśmy oczywiście nie znalazło się w koszyku, ale mniejsza o to. Otóż po wybraniu kilku produktów potrzebnych do codziennego funkcjonowania trafiamy na dział z butelkami, smoczkami i toną pieluch, i spędzamy tam dobrych kilka minut oglądając dziecięce kombinezony, body i wszelkiego rodzaju inne ubranka, dyskutując o tym, jak i w co będziemy ubierać nasze pociechy, kiedy się ich w przyszłości doczekamy. Tak, jesteśmy chore. Później omijamy sprawnie dział z zabawkami i idziemy do wybierania ręczników papierowych, co sprawia nam tyle satysfakcji, że alejki z środkami czystości pochłaniają kolejnych kilkanaście minut. Tam toczy się zacięta debata na temat: "Proszek do prania czy kapsułki - co wybiera perfekcyjna kura domowa?", czy coś w tym rodzaju...

I kiedy już zdajemy sobie sprawę, że bardziej cieszy nas wybór nowych worków na śmieci - 35 litrów czy 60?, ścierek do kurzu - w kratkę i gładkich, papieru toaletowego - we wzorki czy bez?

... i rozstrzygania wszelkich innych dylematów tego typu, od wyboru kosmetyków i ubrań, nadchodzi czas na załamkę. Starość jest blisko, a ponoć zaczyna się wtedy, gdy nie możesz doczekać się wymiany gąbki do naczyń.

Ja nie mogę.

PS Tamto kolokwium zdałam na 5 :)