poniedziałek, sierpnia 06, 2018

SEN O LWOWIE


A więc znalazł się ten pociąg beztroski, który zawiózł mnie na dworzec lwowski. Właściwie nie pociąg, a UBER, a jak do tego doszło - o tym za chwilę. Wiecie jak to jest z marzeniami? Zupełnie tak, jak ze śpiewaniem. Każdy może, ale nie każdemu wychodzi, a przyczyn tego to już można w sianie szukać i przeciwnie do przysłowia, znajdują się ich tysiące. Toteż i nam zamarzył się Daleki Wschód. W planach była Japonia, a w portfelu co najwyżej na sushi. No, może przesadzam, ale taka wyprawa to jednak całkiem poważna rzecz, a już na pewno kosztowna. Ale poza Krajem Kwitnącej Wiśni, bardzo chciałam odwiedzić Rosję i wierzę, że jeszcze kiedyś się to uda. Teraz chyba zabrakło odrobiny odwagi, a w związku z tym, że mam sporo znajomych z Ukrainy padło na Lwów. 

Być może nie będzie to najlepszy przewodnik po tym mieście, a może w ogóle nim nie będzie, ale gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegokolwiek, to być może wpis ten do czegoś się przyda.



Nasza podróż rozpoczęła się we Wrocławiu. Ale najpierw trzeba było do niego dojechać. A więc do Wrocławia pociągiem, a stamtąd samolotem prosto na Wschód. Po pierwsze - dlaczego nie pociągiem? Podróż z granicy niemieckiej do ukraińskiej wyniosłaby nas blisko 12 godzin, a kolejnych zapewne tyle trwałoby piesze przekraczanie granicy włącznie z jeszcze jedną przejażdżką pociągiem już do samego miasta Lwów. Po drugie - dlaczego z Wrocławia? W planach były także Poznań, Warszawa czy Berlin, ale to właśnie stamtąd lot trwający około 55 minut kosztował najmniej i nie wymagał jakiejkolwiek przesiadki. W dodatku linie lotnicze WizzAir, którymi podróżowaliśmy, w dniu zakupu biletów oferowały zniżkę na wszystkie loty z kraju i do kraju, więc śmiało można powiedzieć, że się nam udało.

Ulica Kopernika przed Pałacem Potockich
Czy pisać o noclegu? Nie wiem. W ofertach Booking'u czy innych takich można znaleźć mnóstwo świetnych miejsc za naprawdę przystępną cenę. Z resztą w pokoju spędzaliśmy bardzo mało czasu. Było jasno, czysto i dokładnie tak, jak na zdjęciach jednej z internetowych przeglądarek, a jedyne czego mi brakowało to klimatyzacja. Ale to już zupełnie inna para kaloszy (i słowo to użyte jest tu nieprzypadkowo). Nasz hotel zlokalizowany był niecałe 10 minut od lotniska i około pół godziny od centrum, ale uważam to za ogromny plus. Jadąc tam, chciałam zobaczyć, jak Ukraina wygląda naprawdę, a w centrum nie byłoby to możliwe. W dodatku co do noclegu, wydaje mi się, a może i nawet jestem pewna, że o takich warunkach wielu tam może pomarzyć. Na obrzeżach miasta wiele budynków wyglądało tak, jak pamiętam je z książek do historii, które traktowały o czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Z tą małą różnicą, że te na zdjęciach były, ujmijmy to, prima sort. Ciemne szyby, smutne bloki, a nawet całe blokowiska, to coś, czego na starówce uświadczyć nie można. Tam jest życie, wrzawa i serce tego miasta zamknięte w ogromnych niby angielskich budowlach, wyglądających jak włoskich uliczkach i uśmiechach turystów stojących przed gmachem Opery. Jedyne co zaburza względny porządek to przechadzający się mężczyźni w wojskowych mundurach. W centrum nie widać ludzi napełniających butelki wodą z czegoś, co mnie wyglądało jak automat do kawy. Nie ma młodych, czy nawet bardzo młodych chłopaków pijących wódkę wieczorami na chodnikach. Nie ma nawet ryżu, cukru czy mąki sprzedawanych luzem. A wszystko to i pewnie wiele więcej jest właśnie na obrzeżach miasta.


Gdyby ktoś zastanawiał się jakie zabrać ubrania, to właściwie nie mam innej rady, jak zabrać wszystko. Jeszcze parę lat temu mój dobry kolega, który nomen omen wykonał zdjęcie z nagłówka tego bloga, opowiadał mi o bardzo wysokich temperaturach latem i bardzo niskich zimą oraz o tym, że to zupełnie co innego niż w Polsce. Ale wtedy myślałam, że pogoda nie może różnić się znacząco od tej u nas i jeśli będzie sprawdzona w internecie, to taka też będzie w rzeczywistości. Otóż nie. Zapowiadane na cały tydzień deszcze zapakowały do mojej walizki spodnie i bluzki z długim rękawem, bluzy i pelerynkę przeciwdeszczową. Nie powiem, że nie padało. Ba! Nawet lało. Mniej więcej przez dwie godziny, po czym do końca wyjazdu temperatura z łatwością przekraczała trzydzieści kresek. Ale jako, że przezorny zawsze ubezpieczony, na wyprzedaży dorwałam wspomniane już wcześniej kalosze i może dobrze się stało, bo było w czym przewieźć wódkę, którą zakupiliśmy z myślą o pamiątkach. Więc jeśli wybieracie się na Ukrainę, zabierzcie coś na każdą pogodę, bo Matka Natura z pewnością nie raz zagra wam na nosie.

Najcierpliwszy człowiek świata - polecam zwłaszcza, gdy na Ukrainie dopada was okropne choróbsko

A jedzenie? Przez tych kilka dni, które tam spędziliśmy, jedliśmy wyłącznie na mieście. I co warto po raz kolejny przekazać światu - Lwów słynie z restauracji czy kawiarni tematycznych, co uważam jest czymś niesamowitym. Gdybyście więc mieli ochotę zobaczyć Kryjówkę banderowców UPA, poznać historię Gazowej Lampy lub zjeść posiłek w otoczeniu kilkudziesięciu kotów, będziecie w raju. A jeśli dodatkowo nie widzicie przeszkód aby odnaleźć do nich wejście lub wypić na wejściu kieliszek samogonu, wpadajcie do Lwowa. Osobiście polecam sprawdzić miejsce o nazwie Lwowskie Croissanty i sieciową pizzerię Celentano, w której jadłam jedną z lepszych pizz, które kiedykolwiek dane mi było spróbować. Co warto zamówić? Na pewno barszcz i pierogi pod różnymi postaciami, bo tamtejszych żal nie zjeść do końca. A na osłodę polecam bardzo nieukraińskie makaroniki i lemoniadę żurawinową - widziałam ją niemal w każdym możliwym miejscu i przyznam szczerze, że była przepyszna.



Jeśli chodzi o sprawy organizacyjno-techniczne, liźnijcie języka przed podróżą, bo polski może niekiedy nie wystarczyć. Zwłaszcza pierwszego dnia. Tam mało kto mówi po angielsku. Fajnie też zaopatrzyć się w przewodnik po mieście, bo często można znaleźć tam przydatne zwroty czy ciekawe informacje, których w internecie nie znaleźliśmy. Wymieniając pieniądze, do Lwowa lepiej zabrać też euro niż złotówki, a wracając walutę wymienić jeszcze na Ukrainie, bo tutaj można sporo stracić. Warto też wspomnieć, że wszelkie zniżki studenckie obowiązują tylko studentów Ukrainy i przy odrobinie szczęścia, tak jak nam, może Wam się udać z nich skorzystać, ale nie jest to normą. I przedostatnia ciekawostka - muzea, galerie sztuki i inne tego typu atrakcje turystyczne nie wyglądają tak jak w Polsce. Bądźcie gotowi na to, że za plecami będziecie czuć oddech ochroniarzy, co jak się domyślacie jest dość krępujące.

Cmentarz Łyczakowski (na zdjęciu: nagrobki polskich żołnierzy, którzy zginęli pod koniec lat 20. XX wieku)

Jeden z eksponatów Muzeum Narodowego we Lwowie

I najważniejsza informacja dnia - kupcie ukraiński starter. To była najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam i mimo, że polski dostawca i tak pobrał mi z konta horrendalne sumy, wierzę, że mogło być gorzej. A na wakacjach nie może być źle!

Budynek Opery

2 komentarze:

  1. Nie wiem jak Lwów, ale jeśli chodzi o noclegi we wrocławiu to jest w czym wybierać

    OdpowiedzUsuń
  2. Mimo wszystko Ukraina jest poza strefą Euro co sprawia że za każdą minutę odbieranego i wychodzącego połączenia trzeba dużo płacić. Podobnie jest z połączeniami z polskiej 5/5 zł. Gdy już będąc po stronie niemieckiej można za połączenia czy odbieranie połaczeń już nic nie dopłacać. Mimo wszystko dobrze być w kontakcie ale bez przepłacania, ja mam prepaid za 20zł na miesiąc by śmigać po Europie. Wystarcza.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz!

Copyright © kiniemm , Blogger